Biegnę przez Pokątną
nadal słysząc głos mego ojca. Lawirowanie wśród tłumów czarodziei nie
było łatwe, ale miałam cel. Musiałam jak naj szybciej dostać się do
sklepu ze zwierzętami. Z listu wyczytałam, że mogę do szkoły zabrać
kota, sowę lub ropuchę.
Już w domu zapowiedziałam, że chcę sowę lub kota, lecz moi jakże kochani rodzice stwierdzili, że wąż będzie idealny, więc teraz miałam wyścig z czasem, a raczej z nimi.
Gdy wbiegałam do sklepu w kieszeni moich alladynek dzwoniły galeony oraz sykle, byłam tu raz, gdy sowa matki zdechła i by dostawać listy musiała kupić nową.
- Pomóc ci w czymś? - Zapytała jedna z kobiet pracujących w tym miejscu
- Tak, szukam... - Rozejrzała się - sowy.
- Doskonale, choć za mną.
Ruszyłyśmy w stronę sąsiedniego pomieszczenia gdzie stały klatki z sowami, po drodze zatrzymałam się przy kilku kojcach z kotami, lecz wszystkie albo ode mnie uciekały albo najeżały futro i prychały. Zresztą z sowami było podobnie, pracownica zdawała się być smutna i co jakiś czas szeptała "na nikogo tak nie reagowały" . Traciłam już nadzieję i zaczynałam sądzić, że jednak może to wąż jest tym zwierzęciem, co powinnam mieć. Podeszłam do ostatniej klatki, to, co w niej siedziało bynajmniej nie było sową. Miało pióra w kolorach płomieni, lecz przeważał szkarłat patrzyłam ma feniksa, a on patrzył na mnie złotymi oczkami. Wsunęłam dłoń pomiędzy metalowe pręty, z których utkana była klatka. Ptak zamiast się odsunąć pozwolił mi się dotknąć.
Gdy spojrzałam na cenę zaniemówiłam. Był cholernie drogi i wydałabym wszystkie galeony, które miałam ze sobą, ale nie mogłam pozwolić by został tutaj... w klatce. Feniksy nie powinny być w takich miejscach.
Już w domu zapowiedziałam, że chcę sowę lub kota, lecz moi jakże kochani rodzice stwierdzili, że wąż będzie idealny, więc teraz miałam wyścig z czasem, a raczej z nimi.
Gdy wbiegałam do sklepu w kieszeni moich alladynek dzwoniły galeony oraz sykle, byłam tu raz, gdy sowa matki zdechła i by dostawać listy musiała kupić nową.
- Pomóc ci w czymś? - Zapytała jedna z kobiet pracujących w tym miejscu
- Tak, szukam... - Rozejrzała się - sowy.
- Doskonale, choć za mną.
Ruszyłyśmy w stronę sąsiedniego pomieszczenia gdzie stały klatki z sowami, po drodze zatrzymałam się przy kilku kojcach z kotami, lecz wszystkie albo ode mnie uciekały albo najeżały futro i prychały. Zresztą z sowami było podobnie, pracownica zdawała się być smutna i co jakiś czas szeptała "na nikogo tak nie reagowały" . Traciłam już nadzieję i zaczynałam sądzić, że jednak może to wąż jest tym zwierzęciem, co powinnam mieć. Podeszłam do ostatniej klatki, to, co w niej siedziało bynajmniej nie było sową. Miało pióra w kolorach płomieni, lecz przeważał szkarłat patrzyłam ma feniksa, a on patrzył na mnie złotymi oczkami. Wsunęłam dłoń pomiędzy metalowe pręty, z których utkana była klatka. Ptak zamiast się odsunąć pozwolił mi się dotknąć.
Gdy spojrzałam na cenę zaniemówiłam. Był cholernie drogi i wydałabym wszystkie galeony, które miałam ze sobą, ale nie mogłam pozwolić by został tutaj... w klatce. Feniksy nie powinny być w takich miejscach.
***
Natknęłam się na rodziców przy jednej z małych kawiarenek, które zostały tu wybudowane po legendarnej walce z Voldemortem.
- Gdzieś ty była?! - Krzyknął do mnie ojciec, jego twarz zrobiła się jeszcze bardziej czerwona, gdy zobaczył zwierzę na moim ramieniu - Czy to feniks?! Susanne Slytherin nie masz prawa tak bezcześcić tradycji!
Ludzie do okoła, gdy usłyszeli moje nazwisko popatrzyli w naszym kierunku.
- Będę miała takie zwierzę, jakie chcę mieć ojcze - odparłam spokojnym głosem - mamo została jeszcze różdżka.
- Oraz szata - mama podniosła wzrok znad książki - spotkamy się tutaj jak wybierzesz różdżkę i razem wstąpimy po szaty - mama była niczym spokojna woda, zawsze się z nią lepiej dogadywałam niż z ojcem. Wręczyła mi 20 galeonów i obdarowała mnie ciepłym niczym letni wiatr uśmiechem.
Ruszyłam w stronę sklepu Ollivander'a, a Damaris siedział mi na ramieniu, ludzie zerkali w moją stronę zaciekawieni gdyż niewielu czarodziei miało feniksy.
U progu sklepu minęłam się z rudą kobietą oraz brązowowłosym jedenastolatkiem. Siwy mężczyzna układał pudełka na półkach, a gdy mnie dostrzegł uśmiechnął się serdecznie.
- Susanne Slythetin - zmierzył mnie wzrokiem - już czas na Hogwart?
- Tak proszę pana - odwzajemniłam uśmiech
- Patrząc na tego pięknego feniksa wiem, że twa różdżka nie będzie miała rdzenia z jego piór - zastanawiał się na głos przeglądając pudełka w końcu wybrał jedno - włókno ze smoczego serca - mruknął otwierając przede mną pudełko.
Różdżka była smukła, brązowa i prosta, gdy tylko jej dotknęłam poraził mnie prąd. Syknęłam, a wtedy sprzedawca mi ją zabrał i przyniósł kolejne pudełeczko. Tym razem próba zakończyła się podobnie.
- Gdzieś ty była?! - Krzyknął do mnie ojciec, jego twarz zrobiła się jeszcze bardziej czerwona, gdy zobaczył zwierzę na moim ramieniu - Czy to feniks?! Susanne Slytherin nie masz prawa tak bezcześcić tradycji!
Ludzie do okoła, gdy usłyszeli moje nazwisko popatrzyli w naszym kierunku.
- Będę miała takie zwierzę, jakie chcę mieć ojcze - odparłam spokojnym głosem - mamo została jeszcze różdżka.
- Oraz szata - mama podniosła wzrok znad książki - spotkamy się tutaj jak wybierzesz różdżkę i razem wstąpimy po szaty - mama była niczym spokojna woda, zawsze się z nią lepiej dogadywałam niż z ojcem. Wręczyła mi 20 galeonów i obdarowała mnie ciepłym niczym letni wiatr uśmiechem.
Ruszyłam w stronę sklepu Ollivander'a, a Damaris siedział mi na ramieniu, ludzie zerkali w moją stronę zaciekawieni gdyż niewielu czarodziei miało feniksy.
U progu sklepu minęłam się z rudą kobietą oraz brązowowłosym jedenastolatkiem. Siwy mężczyzna układał pudełka na półkach, a gdy mnie dostrzegł uśmiechnął się serdecznie.
- Susanne Slythetin - zmierzył mnie wzrokiem - już czas na Hogwart?
- Tak proszę pana - odwzajemniłam uśmiech
- Patrząc na tego pięknego feniksa wiem, że twa różdżka nie będzie miała rdzenia z jego piór - zastanawiał się na głos przeglądając pudełka w końcu wybrał jedno - włókno ze smoczego serca - mruknął otwierając przede mną pudełko.
Różdżka była smukła, brązowa i prosta, gdy tylko jej dotknęłam poraził mnie prąd. Syknęłam, a wtedy sprzedawca mi ją zabrał i przyniósł kolejne pudełeczko. Tym razem próba zakończyła się podobnie.
Nie wiem ile czasu
spędziłam w sklepie, ale na pewno więcej niż 10 różdżek do mnie nie
pasowało, Ollivander cały czas mruczał „nie, nie, nie", a ja czekałam.
Wtedy zostało mi podane bardzo stare wypłowiałe pudełko.
- Ostrokrzew, rdzeń z
serca elektrycznego golema – odparł podając mi czarną wygiętą różdżkę –
jest tu od 50 lat, może czeka właśnie na ciebie Susanne?
Gdy dotknęłam drewna ono
tylko zaiskrzyło i po chwili mały kontrolowany płomyk wydobył się z jej
końca. Byłam pewna, że ona wybrała mnie.
...Wznoszę się nad ziemią i patrze na innych graczy, ten mecz musimy wygrać my...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz