sobota, 10 października 2015

Rozdział 2 "Feniks"

Biegnę przez Pokątną nadal słysząc głos mego ojca. Lawirowanie wśród tłumów czarodziei nie było łatwe, ale miałam cel. Musiałam jak naj szybciej dostać się do sklepu ze zwierzętami. Z listu wyczytałam, że mogę do szkoły zabrać kota, sowę lub ropuchę.
Już w domu zapowiedziałam, że chcę sowę lub kota, lecz moi jakże kochani rodzice stwierdzili, że wąż będzie idealny, więc teraz miałam wyścig z czasem, a raczej z nimi.
Gdy wbiegałam do sklepu w kieszeni moich alladynek dzwoniły galeony oraz sykle, byłam tu raz, gdy sowa matki zdechła i by dostawać listy musiała kupić nową.
- Pomóc ci w czymś? - Zapytała jedna z kobiet pracujących w tym miejscu
- Tak, szukam... - Rozejrzała się - sowy.
- Doskonale, choć za mną.
Ruszyłyśmy w stronę sąsiedniego pomieszczenia gdzie stały klatki z sowami, po drodze zatrzymałam się przy kilku kojcach z kotami, lecz wszystkie albo ode mnie uciekały albo najeżały futro i prychały. Zresztą z sowami było podobnie, pracownica zdawała się być smutna i co jakiś czas szeptała "na nikogo tak nie reagowały" . Traciłam już nadzieję i zaczynałam sądzić, że jednak może to wąż jest tym zwierzęciem, co powinnam mieć. Podeszłam do ostatniej klatki, to, co w niej siedziało bynajmniej nie było sową. Miało pióra w kolorach płomieni, lecz przeważał szkarłat patrzyłam ma feniksa, a on patrzył na mnie złotymi oczkami. Wsunęłam dłoń pomiędzy metalowe pręty, z których utkana była klatka. Ptak zamiast się odsunąć pozwolił mi się dotknąć.
Gdy spojrzałam na cenę zaniemówiłam. Był cholernie drogi i wydałabym wszystkie galeony, które miałam ze sobą, ale nie mogłam pozwolić by został tutaj... w klatce. Feniksy nie powinny być w takich miejscach.
***
Natknęłam się na rodziców przy jednej z małych kawiarenek, które zostały tu wybudowane po legendarnej walce z Voldemortem.
- Gdzieś ty była?! - Krzyknął do mnie ojciec, jego twarz zrobiła się jeszcze bardziej czerwona, gdy zobaczył zwierzę na moim ramieniu - Czy to feniks?! Susanne Slytherin nie masz prawa tak bezcześcić tradycji!
Ludzie do okoła, gdy usłyszeli moje nazwisko popatrzyli w naszym kierunku.
- Będę miała takie zwierzę, jakie chcę mieć ojcze - odparłam spokojnym głosem - mamo została jeszcze różdżka.
- Oraz szata - mama podniosła wzrok znad książki - spotkamy się tutaj jak wybierzesz różdżkę i razem wstąpimy po szaty - mama była niczym spokojna woda, zawsze się z nią lepiej dogadywałam niż z ojcem. Wręczyła mi 20 galeonów i obdarowała mnie ciepłym niczym letni wiatr uśmiechem.
Ruszyłam w stronę sklepu Ollivander'a, a Damaris siedział mi na ramieniu, ludzie zerkali w moją stronę zaciekawieni gdyż niewielu czarodziei miało feniksy.
U progu sklepu minęłam się z rudą kobietą oraz brązowowłosym jedenastolatkiem. Siwy mężczyzna układał pudełka na półkach, a gdy mnie dostrzegł uśmiechnął się serdecznie.
- Susanne Slythetin - zmierzył mnie wzrokiem - już czas na Hogwart?
- Tak proszę pana - odwzajemniłam uśmiech
- Patrząc na tego pięknego feniksa wiem, że twa różdżka nie będzie miała rdzenia z jego piór - zastanawiał się na głos przeglądając pudełka w końcu wybrał jedno - włókno ze smoczego serca - mruknął otwierając przede mną pudełko.
Różdżka była smukła, brązowa i prosta, gdy tylko jej dotknęłam poraził mnie prąd. Syknęłam, a wtedy sprzedawca mi ją zabrał i przyniósł kolejne pudełeczko. Tym razem próba zakończyła się podobnie.
Nie wiem ile czasu spędziłam w sklepie, ale na pewno więcej niż 10 różdżek do mnie nie pasowało, Ollivander cały czas mruczał „nie, nie, nie", a ja czekałam. Wtedy zostało mi podane bardzo stare wypłowiałe pudełko.
- Ostrokrzew, rdzeń z serca elektrycznego golema – odparł podając mi czarną wygiętą różdżkę – jest tu od 50 lat, może czeka właśnie na ciebie Susanne?
Gdy dotknęłam drewna ono tylko zaiskrzyło i po chwili mały kontrolowany płomyk wydobył się z jej końca. Byłam pewna, że ona wybrała mnie.


...Wznoszę się nad ziemią i patrze na innych graczy, ten mecz musimy wygrać my...

Rozdział 1 "List"

Obudziłam się skoro świt. Nasz dom był kilku piętrowym dworkiem pełnym drogocennych pamiątek i węży... No właśnie węży. Były tu ich figurki, obrazy, zdjęcia, a w ogrodzie nawet ich posągi. Moja rodzina od zawsze ceniła sobie te zwierzęta, bo mój pra pra (pewnie dodałabym jeszcze kilka pra) dziad był wężoustym, zresztą i ja jestem. Ostatni z naszego rodu, może i nie w prostej lini, ale jednak, który przed mną posiadał tę zdolność był Tom Riddle.
Podeszłam prosto do lodówki jak to zresztą najczęściej robiłam po przebudzeniu, podłożyłam kubek i nacisnęłam przycisk, po chwili naczynie było pełne kostek lodu. Następnie pobiegłam z nim do przedpokoju i wsunęłam szybko czarne traperki, a na ramiona zarzuciłam cieplutką zimową kurtkę.
Był 22 grudnia, za dwa dni gwiazdka, a dziś obchodziłam swoje 11 urodziny.
Biegłam przez ogród do swojego ulubionego miejsca, starego dębu przy płocie zajadając się kostkami lodu. Spodnie od pidżamy były już mokre, gdy dotarłam na miejsce, a wtedy na gałęzi wylądowała sowa mamy, jej czarne pióra kontrastował z bielą śniegu, upuściła list tak, że ten wylądował przy moich stopach i odleciała. Podniosłam pergaminową kopertę.
"Susanne Victoria Slytherin
Węży Dwór
Poddasze"
Tak głosił napis szmaragdowym atramentem na kopercie, odwróciłam kopertę i dostrzegłam pieczęć odbitą na szkarłatnym wosku, znałam ją doskonale jak i małego wężyka w prawym górnym rogu. To był list z Hogwartu. Rzuciłam się pędem w stronę domu, gdy wpadłam przez kuchenne drzwi ujrzałam mamę popijającą poranną kawę by zaraz wyruszyć do pracy. Była dziennikarką Proroka Codziennego, a aktualnie miała pisać o meczach Quidditcha, jakie odbywały się pod Oxfordem, więc musiała wcześnie wychodzić. Gdy tylko ujrzała moje podekscytowanie zielone oczy jej zabłyszczały.
- Co tam masz słonko? - Zapytała wskazując moje dłonie, a w nich kopertę.
- List z Hogwartu - eksplodowała we mnie fala szczęścia i zaczęłam skakać z radości
Mama zabrała mi kopertę i zaczęła ją otwierać, stanęłam za nią i oplotłam rękoma jej szyje. Czytałam list, gdy i ona go czytała.
- Na Pokątną pojedziemy dopiero przed rokiem szkolnym... - Prychnęłam, przecież to osiem miesięcy! - ale masz szanse pochwalić się dziś Scorpiusowi.
- Scorpiusowi? - Zapytałam z niedowierzaniem. Nasze rodziny były w bardzo ciepłych stosunkach - a nie mogę Alessie? Mieszka niedaleko, a poza tym Malfoyowie nie mogą dziś przyjechać, bo masz prac..
- Nie idę dziś do pracy Sue. - Przerwała mi w pół słowa. - A z Draco twój tata umówił się już dawno.
Na mojej twarzy pojawił się grymas, nie lubiłam Scorpiusa i wszystkich innych Mafoyów, niestety rodzice ich uwielbiali. Poczłapałam na górę znów czytając list, weszłam na swoje poddasze, a tam przebrałam się w jensy i szarą koszulkę z logiem mojej ulubionej drużyny quidditcha.
Zanim się obejrzałam w naszym progu pojawiła się idealna blondi rodzinka. Z grzeczności posiedziałam kilka minut przy stole, a potem cicho wyszłam. Zabrałam miotłę mamy i poszłam do tej części ogrodu gdzie było małe boisko. Uniosłam się kilka metrów nad ziemię, tata kilka tygodni temu zaczarował mi piłkę tenisową by działała podobnie do złotego zniczu, więc gdy tylko ją podrzuciłam ona ożyła. Zanurkowałam za nią pomiędzy drzewa. Gdy podbiła w stronę nieba wykonałam ślizg by nie rozbić się o ziemię i ruszyłam w górę. Złapałam ją w ostatniej chwili zanim wybiła okno w szklarni. Wylądowałam zadowolona z siebie, a wtedy zamarłam.
- Nieźle Vixi jak na kogoś, kto nie przyjmował lekcji latania - odparł szarooki podchodząc do mnie. - na bank od razu zostaniesz szukającą Slytherinu.
- Skąd wiesz, że trafie właśnie do tego domu? - Warknęłam
- Masz na nazwisko Slytherin, w twojej rodzinie jak i w mojej są sami Ślizgoni, a no i jesteś czystej krwi - przeczesał palcami blond włosy, na których było kilka małych płatków śniegu.
- To nie oznacza, że pasuję do tego domu Scorpiusie.
Tym zdaniem zakończyłam rozmowę, nie lubiłam go. Kiedyś było o wiele inaczej, oboje chcieliśmy spędzać ze sobą jak najwięcej czasu teraz jednak było zupełnie inaczej... Przynajmniej z mojej strony.
...Oddycham miarowo, stoję pomiędzy innymi graczami, gdy kotara się otwiera, a my widzimy boisko...
Zostawiajcie opinie w komach.

Ps: To ostatnie zdanie będzie potem kluczową częścią opowiadania.